Strona Olsztynka

zaawansowane
Menu
baner BIP
baner Olsztynecki Budżet Obywatelski
baner Projekty Unijne
baner Olsztynek na facebook-u
baner Kanał Gminy Olsztynek na YouTube
baner Dziennik Ustaw / Monitor Polski
baner http://olsztynek.e-mapa.net/
baner Młodzieżowy Festiwal Filmowy Moja Przestrzeń
baner Miejski Dom Kultury
baner Elektroniczna Skrzynka Podawcza
baner 100 lat Skansenu w Olsztynku
baner
stat4u
grafika
Włodzimierz Kowalewski
Wprowadzono: 14-07-2016  Promocja Gminy

ur. 11 listopada 1956 w Olsztynku – prozaik polski, krytyk literacki, felietonista radiowy, nauczyciel.

Ukończył studia polonistyczne na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, pracował jako nauczyciel języka polskiego w szkołach podstawowych w Steklinku i Wipsowie, następnie w II Liceum Ogólnokształcącym im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w Olsztynie. Współpracował ze stowarzyszeniem kulturalnym i pismem "Borussia" oraz "Przeglądem Artystyczno-Literackim" w Toruniu.

Opublikował m.in. zbiory wierszy Idę do Ciebie spod sklepionego łuku bramy (1981) i Epoka przyćmiona (1981), zbiory opowiadań Cztery opowiadania o śmierci (1993), Powrót do Breitenheide (1997), Światło i lęk. Opowiadania starej daty (2003), powieści Bóg zapłacz! (2000), Excentrycy (2007) i Ludzie moralni (2012). Za powieść Bóg zapłacz! i zbiory opowiadań Powrót do Breitenheide oraz Światło i lęk był nominowany do nagrody NIKE (1998, 2001, 2004). W 2003 otrzymał Nagrodę Literacką Miast Partnerskich Torunia i Getyngi im. S. B. Lindego [wraz z Barbarą Koehler]. Jego utwory doczekały się przekładów na języki niemiecki, litewski i węgierski.

Nominowany do Nagrody literackiej Nike oraz do Paszportów Polityki. Jego opowiadania ukazywały się między innymi w Austrii i na Węgrzech15 listopada 2003 roku uhonorowany Nagrodą Literacką im. Samuela Bogumiła Lindego15 stycznia 2004 został uhonorowany Nagrodą Prezydenta Miasta Olsztyn – otrzymał Statuetkę św. Jakuba w dziedzinie kultury. W 2008 otrzymał Literacką Nagrodę Warmii i Mazur za powieść Excentrycy.

źródło: Wikipedia

W roku 2013 podczas XIII Festiwal Teatru Polskiego Radia i Teatru Telewizji Polskiej „Dwa Teatry” w Sopocie Włodzimierz Kowalewski otrzymał nagrodę za oryginalny scenariusz słuchowiska „Powrót do Breitenheide”. Słuchowisko miało swoją premierę na antenie Radia Olsztyn. 

Już wkrótce rozpoczną się zdjęcia do filmu "Excentrycy" w reżyserii Janusza Majewskiego. Obecnie Włodzimierz Kowalewski pracuje nad scenariuszem fabularyzowanej biografii Habsburgów żywieckich.

źródło: olsztyn24.com

zdjęcie: http://kto.wm.pl

 

Komentarz Włodzimierza Kowalewskiego:

Szanowni Państwo,

 
bardzo się cieszę, że umieściliście moją notę biograficzną i zdjęcie na stronie miasta, w rubryce “Sławni i niezwykli ludzie Olsztynka”. Bardzo za to dziękuję, urodziłem się w Olsztynku, mieszkałem tam przez pierwszych dziewięć lat życia przy ul. Sienkiewicza i jestem z tego powodu dumny, czując się jednocześnie mocno związanym z moim rodzinnym miastem. Stworzyłem też w swoich książkach kilka niewielkich opisów Olsztynka nie wymieniając nazwy miasta i licząc, że na obszerniejsze opisy przyjdzie jeszcze czas.
 
Pozdrawiam serdecznie
 
Włodzimierz Kowalewski     

 

Na dowód, że Olsztynek wrył się głęboko w pamięć i jest drogi sercu pisarza Pan Włodzimierz przesłał opowiadanie: 

 

Włodzimierz Kowalewski

POMNIK

             Nie powiem,  jak miała na imię. Prawdziwe imiona są tu bez znaczenia, zwłaszcza, że historia jest brutalnie, aż do kiczu prawdziwa i razi pretensjonalnością,  jakiej brak w dobrej literaturze, ale za to pełno w życiu.         

            Byłem wtedy prawie siedmioletnim  mężczyzną i chyba musiała mi się podobać, skoro pamiętam tyle szczegółów: modną krótką fryzurkę, jasny kosmyk nad czołem, lśniące szprychy roweru, modne spodnie-rybaczki koloru khaki. Wyobrażam sobie, że cała była krzykiem mody, kłuła w oczy małomiasteczkowe matrony,  od rana do nocy sterczące w oknach i z łokciami na poduszce wypatrujące nowych tematów do plotkarskiej obróbki.  Studiowała przecież w Stolicy,  na jedynym uniwersytecie, do którego dawało się z naszej mazurskiej mieściny dojechać bezpośrednim pociągiem. Fantazja zatem podpowiada: na pewno bywała w „Manekinie”,  chodziła na włoskie filmy,  tańczyła rock’n rolla w starych „Hybrydach” przy Mokotowskiej,  choć równie dobrze mogła być obłożoną skryptami „okularnicą” ze znanej piosenki z tamtych czasów, zamykającą się wieczorami w akademikowym „pokoju cichej nauki”. Ale może świetnie godziła jedno i drugie, nie marnując tych najlepszych chwil, jakie Pan Bóg podsuwa w prezencie młodej dziewczynie,  przymknąwszy przedtem oko.  Jej rodzice mieszkali na przyległej ulicy,  spotykałem  ją chyba tylko wakacyjną porą, bo do dziś kojarzy mi się ze spiekotą, pustką, oślepiającym słońcem.  Spotykałem  pewnie wtedy,  gdy Babcia wysyłała mnie  po chleb do sklepiku przy piekarni. Do tego samego cuchnącego śledziami ni to kiosku, ni to pawilonu z werandą, dzięki któremu świadomie pamiętam także „kryzys kubański”, a to za sprawą widoku staruszka, pana M., z lamentem i pomstowaniem  wlokącego w dół po drewnianych schodkach pięćdziesięciokilowy wór cukru na wojenne zapasy; podobno wydał nań całą emeryturę.  Później, gdy zagrożenie minęło, nie chcieli mu go przyjąć z powrotem i przez parę lat mozolnie wyprzedawał ten cukier sąsiadom.

            Któregoś sierpniowego popołudnia ganiałem jak zwykle koło domu  w towarzystwie Jędruka,  młodszego  koleżki, wyrosłego  dopiero co z piaskownicy.  Nagle złapała mnie jakaś obca, gruba kobieta i siłą przyciągnęła do tłustego brzucha.

- Biedny ty biedny,  malutki!  Oj, biedny ty biedny! – zawodziła nade mną płaczliwie, głaszcząc niezdarnie moją wystrzyżoną łepetynę.  Zacząłem wrzeszczeć, Jędruk też,  pomyślałem,  że zaraz ją kopnę albo ugryzę, ale wyrwałem się i uciekłem. Wystraszony wskoczyłem do poniemieckiej wędzarni,  wielkiej żelaznej beczki sterczącej pod płotem w rogu podwórza;  długo nie chciałem wyjść, potem nie mogli mnie domyć z sadzy.

            Przyczyną tej erupcji czułości obcej osoby była pogłoska, jaka nagle gruchnęła po okolicy:  że moja Matka utonęła w jeziorze.  Podobno dostała szoku termicznego skacząc do wody, wyciągnęli ją martwą.  Ludzie zaraz dopasowali podawaną z podwórka na podwórko sensację do konkretnej osoby: młoda, świetnie pływała, lubiła wiosłować, skakać z trampoliny.  Ale Matka w tym czasie bezpiecznie ślęczała nad swoimi finansowymi tabulogramami w ponurym gmachu  olsztyńskiej Dyrekcji PKP,  przeklinając,  że z powodu bilansu przy tak pięknej pogodzie musi  po godzinach zostawać w pracy. 

              To zginęła… Ona!

            Poprzedniego dnia przyjechali do niej autostopem znajomi z Warszawy, wśród nich narzeczony. Może wyglądali jak bandy autostopowiczów, których widywałem latem podczas nudnych, niedzielnych spacerów  za miasto,  przy rozwidleniu szos na Wybrzeże i na Mazury? To pewnie też byli studenci: wylegujące się w rowie panny z zawojami na głowach ( Matka krzywiła się, pełna niesmaku ), faceci w kowbojskich kapeluszach i z frędzlami od firanek doszytymi wzdłuż spodni. Kolorowi, odjechani, hałasujący gitarami, udający wolnych – chociaż „summer of love” miało dopiero nadejść, i to nie w tym kraju.  Rano ruszyli wszyscy na dziką plażę nad najpiękniejszym jeziorem naszej krainy, słynnym z niedostępnego jak forteca ośrodka wypoczynkowego dla partyjnych bonzów, gdzie Gomułka i Chruszczow polowali na dziki przywiązane do drzew. Tam, w rozsłonecznionej zatoczce znienacka weszła w swój własny mit, o mocy większej, niż mógłbym przypuszczać.

            Nie byłem na pogrzebie ani w żaden sposób nie odczułem nieszczęścia, o którym przez kilka tygodni mówiło całe miasteczko. Zbliżał się wrzesień, szedłem do pierwszej klasy, najbardziej interesowały mnie pachnące nowością książki, tornister,  piórnik i obsadki; dzieci bywają pragmatyczne i bezwzględne.  Czasem Matka z Babką szeptały coś tam zasłyszanego w sklepie:  o szyciu sukienki do trumny,  o chłopaku,  który wiele razy jechał pięć godzin z Warszawy, pędził przez całe miasteczko,  by zasypać grób naręczami róż  i natychmiast wracać powrotnym pociągiem odchodzącym za dwadzieścia minut. Nie odtworzę też rozpaczy jej rodziców, bo tego nie można sobie nawet wyobrazić, co dopiero opisać. W każdym razie postanowili wznieść swojej córce nagrobek,  jakiego nikt dotąd nie widział na miejscowym cmentarzu. Pojawił się,  gdy już powoli zapominano o tragedii,  od razu wstrząsnął opinią.  Niektórzy podziwiali odwagę, inni chichotali zgryźliwie, licząc cudze pieniądze oraz  pomrukując pod nosem o „bogaczach” i „snobach”.  Zgorszone okienne matrony dopatrywały się obrazy boskiej.

            We Wszystkich Świętych i my z Matką poszliśmy na cmentarz. Bez wątpienia ze wścibskiej ciekawości  –  przedtem tego nie robiliśmy,  nikt z rodziny jeszcze tam nie leżał.  Nad miasteczkiem wisiała głucha melancholia jesieni,  pustymi zazwyczaj ulicami ciągnęły tłumy, dźwigające znicze i doniczki,  skrzętnie omijające dwa zamknięte od wojny cmentarze  poniemieckie.  Ja również zawsze obchodziłem je z daleka,  bałem się ich. O tej porze roku tonęły w masach zwiędłych liści, przez które przebijały się szczyty żelaznych ogrodzeń  i  fragmenty upiornych nagrobków z połyskliwego, czarnego kamienia.  Czasem widywało się tam pojedyncze,  ciemne postacie zapalające świeczki.  Wiele lat później jeden z nich zlikwidowano, a drugi poddano prawdziwie socjalistycznej modernizacji – wywieziono marmury,  na miejscu zbudowano dwa bloki mieszkalne z wielkiej płyty,  resztę zamieniono na park.

            Jej nagrobek był śnieżnobiały.  Odcinał się wielkością od innych, położonych w górnej części cmentarza,  tuż za kaplicą. Wręcz porażał wzrok, wyrastając ponad zwykłą szarzyznę lastrikowego kamieniarstwa.  Najważniejszą część pomnika stanowiła rzeźba, w sprowadzonej do najprostszej postaci formie przedstawiająca złamany kwiat, obok, skomponowane w tej samej przestrzeni trzy krzyże,  niewątpliwie nawiązujące do Golgoty.  Jak u Picassa, Moore’a, Giacomettiego,  może toporne, naiwne, amatorskie, ale – mimo symboliki śmierci - żywe odbicie nowoczesnych tendencji w sztuce tamtych czasów.  Wtedy ani Matka, ani ja – rzecz jasna – o tym nie wiedzieliśmy. Tymczasem naokoło wciąż stali ludzie,  patrzyli po sobie i na siebie,  dostawiali nowe światełka.

            Niedługo potem na zawsze wyjechaliśmy z miasteczka.  Życie toczyło się dalej,  dramatyzm tego zdarzenia zgasiły inne, bliższe, dotkliwsze.  Cały czas nosiłem jednak w pamięci kształt złamanego kwiatu,  jakby wszystko, co miał wyrażać, dotyczyło także i mnie.  

            Przez wiele lat od przypadku do przypadku wpadałem na tamten mały cmentarz i przyglądałem się pomnikowi. Tkwił we mnie jak bezsensowny cierń, lecz na zewnątrz nie budził już emocji,  potem nawet zainteresowania. Ludzie przyzwyczaili się, znudzili, warszawski narzeczony przestał odbywać swoje podróże. To, co najbardziej bulwersuje, obojętnieje najłatwiej.  Z roku na rok na nagrobnej płycie widywałem coraz mniej  kwiatów,  w końcu zostały tylko sztuczne wiązanki.  Ostra biel szarzała, wtapiając się w tło.  Później polichromia zaczęła odpadać, ukazując gruzłowaty beton, z którego odlano całość. Ktoś nieudolnie próbował naprawić coraz liczniejsze pęknięcia,  podeprzeć przechylającą się na bok konstrukcję. Wreszcie za kolejnym razem, z daleka, już od cmentarnej bramy spostrzegłem, że pomnika nie ma. Znikł. Zastąpił go banalny,  polerowany nagrobek ze złotymi literkami.

            W tym samym czasie redagowałem księgę pamiątkową z okazji jubileuszu szkoły, w której uczyłem polskiego.  Musiałem w związku z tym poszukać jakiegoś dokumentu w archiwum. Trzeba było zejść na niski parter modernistycznego gmaszyska, potem zrobić dobre pół kilometra  korytarzami,  aby dotrzeć do okratowanego pokoiku,  ukrytego gdzieś za siłownią  i  magazynkiem wuefistów.  Z trudem pokonałem patentowe zamki, kłódki i sztaby.  Wewnątrz paliło się brudne światło, cuchnęło kurzem; rzadko kiedy ktoś tu zaglądał. Nie bardzo wiedząc, od czego zacząć, na chybił trafił otworzyłem jedną z szaf. Nagle prosto na mnie wysypał się z góry stos starych protokołów maturalnych. Odskoczyłem, otrzepując ubranie i klnąc, że będę musiał to wszystko sprzątać. Odruchowo podniosłem pierwszy lepszy formularz.   

           To był… Jej protokół!

           Ściskałem w palcach pożółkły, napęczniały papier z Jej imieniem i nazwiskiem! Mało! Tylko do tego jednego arkusza  ktoś nie wiadomo po co dopiął legitymacyjne zdjęcie!  Krótka fryzurka,  jasny kosmyk nad czołem. Skupiony wyraz oczu i ust, jakby wymuszony powagą sytuacji – oficjalnego fotografowania, trudnego egzaminu, wchodzenia w dorosłość. Twarz, której prawdziwe rysy zobaczyłem teraz po raz pierwszy! Do głowy by mi nie przyszło, że tu zdawała maturę, że dojeżdżała albo mieszkała w internacie,  przecież w naszym rodzinnym miasteczku też istniało niezłe liceum.

- Jaki znak mi dałaś? Czego ode mnie chcesz? – myślałem potem przez całe lata i dotąd nie znalazłem odpowiedzi. Zrobiłem więc tyle, ile mogłem zrobić: opisałem Ją w jednej z dygresji  powieści „Bóg zapłacz!”

            Niezwykłość znikania jest fenomenem pozornym, tak naprawdę należącym do zwykłego porządku świata. Nikt chyba nie zaprzeczy, że strefa niebytu istnieje obiektywnie. Że niekiedy z całą gwałtownością dopomina się o pamięć.  

 

Włodzimierz Kowalewski, 2012, pierwodruk ukazał się w kwartalniku artystycznym “Bliza” 4/2012, numer tematyczny “Kulturowa amnezja”.    

ikonka fb
PDF
DRUKUJ
POWRÓT
ZGŁOŚ
NIEŚCISŁOŚĆ
1
2
3
4
5
6
Róg obrazka 1 Róg obrazka 2
grafika
Róg obrazka 3 Róg obrazka 4

Wprowadzono: 15-12-2017   Justyna Balicka
Liczba zdjęć: 17